Spotykamy się w każdy
czwartek o godz. 10.00

Zaczęłam pisać ten krótki tekst z myślą o samych początkach mamowej krakowskiej grupy Macierzanka i odkryłam właśnie, że początki sięgają dalej niż jesień 2008 roku.

W 2004 roku wyjechaliśmy z dwójką małych dzieci na Dolny Śląsk, w związku z pracą męża. Jako osoba otwarta, w małych Polkowicach na wszelkie sposoby szukałam kontaktu z „tambylcami”. Jak by tu zaistnieć, pozaprzyjaźniać się, nie pracując... Miła pani z biblioteki, listonoszka, przypadkowe mamy z placów zabaw, kilkanaście zdań na dzień zawsze się uzbierało. Czas na czytanie, wysmażanie powideł, spacery, basen… Krążenie wokół kościoła, może trafię na grupę, taką akurat dla mnie… może nie miałam w sobie pokory, może to nie był ten czas, ale grupy różańcowe starszych Pań omijałam raczej z daleka…

Po Polkowicach znaleźliśmy się we Wrocławiu. W moim przypadku Wrocław przyniósł więcej możliwości poznania, spotkania ludzi ważnych dla nas do dziś. W 2005 trafiłam na powstałą dwa lata wcześniej przydominikańską grupę mam Matecznik. Słyszałam wtedy sporo o warszawskich Stu Pociechach, grupie również spotykającej się przy Dominikanach. Wiele środowych, przedpołudniowych spotkań Matecznika było dla mnie bardzo cennych. Dzieci zostawały w salce obok pod opieką. Zainspirowanie się wspólną modlitwą, pomysłami, pogadanie, konferencje zapraszanych na spotkania ojców i osób – wszystko to sprawiało, że myśl o środzie była szczególnie miła.

Po powrocie do Krakowa, wtedy już z trójką dzieci, w 2008 roku, powrocie do swojego miasta i miejsca, byłam chętna na zaszczepienie pomysłu grupy siostrzanej Matecznikowi i Stu Pociechom. A że, jak mawia porzekadło, wespół zespół raźniej coś tworzyć, zaprosiłam na nasze poddasze kilka dziewczyn, z większością których kradłyśmy konie jeszcze za czasów studencko-beczkowych. I tak, z tego, co pamiętam, przy pieczeniu pierników, wciąż w domowych pieleszach, uskuteczniłyśmy burzę mózgów. Na czym i czy nam zależy, w jakim miejscu, czy z duszpasterzem, czy samodzielnie itp. Zbieg okoliczności, a po trosze kontakty z adresownika J, doprowadziły nas, najpierw telefonicznie do przemiłego proboszcza z parafii św. Józefa, który bez zdziwienia i z ochotą skontaktował nas z kolei z ks. Stryczkiem, oferując zarazem salę w przykościelnym Kamieniołomie. Kolejne spotkanie, w kilkuosobowej grupce, odbyło się już w rzeczonym Kamieniołomie, przy herbacie z ks. Stryczkiem, które „zaiskrzyło” – że można pociągnąć, najpierw my same miałyśmy się określić itp., a na czas wielkopostny ksiądz Jacek zaproponował przygotowanie rekolekcji dla mam. I tak co wtorek przed południem, przychodziłyśmy w mniejszym lub większym składzie na spotkania. Zrobiłyśmy również burzę mózgów nad nazwą. Stąd Macierzanka, na którą wpadła Ewa. Dzieliłyśmy się tekstami do omówienia i pogadania, zapraszałyśmy nieraz gości, mogących czymś się z nami podzielić. Czasem, przy herbacie, na zwykłych, ale jakże miłych pogaduchach, w co bardziej deszczowe dni, spędzałyśmy czas np. tylko w dwójkę, nie licząc naszych dzieci.

Przed marcem przygotowywałyśmy, z pomocą księdza Jacka rekolekcje, na które ponad 100 mam przywędrowało, a ciąg dalszy sporo osób już zna…

W tych wspomnieniach powyżej opowiedziałam może dość powierzchownie o początkach Macierzanki, ale myślę, że bije z tego myśl potrzeby kobiecego dzielenia się życiem, wychowywaniem, wiarą, inspiracjami…

Malwina Radomińska-Lasek,

29 wrzesień 2010